Smaki Życia cz 3 – szare kluski lekko w innej formie

Iga wskoczyła do pociągu. Kątem oka widziała jak blond bidulka ze łzami w oczach zbierała kartki rozsypane po całym peronie. Czuła się winna. Spojrzała na swoją torbę. Notebookowi nic się nie stało… Odwróciła się na pięcie z zamiarem pomocy lub przynajmniej wciągnieciem tej panny do pociągu. „Trach!” .

Co Pani! Pociąg rusza a Pani chce wychodzić?! Życie Pani niemiłe? – krzyknął konduktor
Nie wychodzić tylko pomóc..a pociąg jeszcze …..-nie zdążyła dokończyć zdania. Poczuła lekkie szarpnięcie wagonu. Nie miała już wyjścia. Było za późno. Przeklnęła pod nosem i poszła szukać swojego przedziału.

Nienawidziła tego uczucia. Tego, że mogła coś zrobić gdyby na czas się zorientowała, zastanowiła się. Posłuchała swego serca. A teraz…nie może nic zmienić. Chcąc zagłuszyć myśli, założyła słuchawki podarowane przez…… no tak.

Przez exchłopaka. Powiedzmy sobie szczerze”- pomyślała Iga.

Czuła się beznadziejnie samotna i wściekła. Nie znosiła swej pracy i ludzi w niej. Była w tej firmie tylko dla NIEGO. On sam mówił, że jej marzenia o posiadaniu własnej pracowni to dziecinada i bycie na takim stanowisku w takiej firmie to zaszczyt. „Każdy inny grafik na jej miejscu byłby dumny” – argumentował. Dodatkowo ON pracował w tej samej korporacji i w tym samym zespole… Dlatego dla dobra związku pracowała dalej. Obserwowała jak jej marzenia odchodzą w dal. Robiła wszystko by ON był szczęśliwy. Była zakochana po uszy. Jednak on miał inne poglądy na ich związek. A dokładny jeden pogląd. Mariola, znaczy się.

Feministka pożal sie Boże – pomyślała. – chodzę na Manify co rok, walczę o większe prawa kobiet. Prowadzę warsztaty rozwoju…a sama?….A sama została ofiarą niezdrowego związku. Porzucona na rzecz seksownej modelki oraz z pracą, której nienawidzi. Żałość. Zamknęła oczy by powstrzymać łzy.

Obudziło ją lekkie szturchnięcie.
Poznań czy Wrocław? – spytała się miła kobieta po 40tce
Słucham?- spytała nieprzytomnie Iga
Pytam się Poznań czy Wrocław. Bo jak Poznań to najwyższy czas wysiąść. – uśmiechnęła sie dobrotliwie wskazując głową na peron.
Poznań! – krzyknęła z przerażeniem Iga – Dziękuję! – krzyknęła wybiegając z przedziału

Na kolejny odcinek, który ukaże się już wkrótce zapraszam na blog: Green Plums.
Natomiast na wszystkie poprzednie zapraszam tu

*******************************************************************
Poznańskie szare Kluski lekko w innej formie

Składniki (przykro mi..u nas w domu robi to sie na oko)
Ziemniaki
Mąka pszenna
Jajko (opcjonalnie)
Cebula
Boczek
Twaróg
Sól
Pieprz

Jak robić
Surowe ziemniaki przetrzeć na tarce o grubych oczkach. Odcedzić (i tu jest cały sens tej potrawy, powinniśmy bardzo dobrze odcedzić. Jeśli jednak tego nie zrobimy ratunkiem jest jajo). Dodać mąkę pszenna, potem sól, pieprz. Zagotować wodę z solą. Wrzucamy kluski do gotującej się wody (uwaga: woda nie powinna być za bardzo wzburzona, lepiej wtedy zmniejszyć gaz). Kluski będą gotowe jak wypłyną. W tym samym czasie, kroimy boczek i cebulę. Boczek topimy na patelni i dodajemy cebulę. I tutaj kończą się poznańskie kluski w wersji podstawowej:) – to znaczy tak mi wiadomo:) Jeśli znacie jeszcze jakieś inne wydania poznańskich szarych klusek – proszę piszcie:) Każdy komentarz mile widziany!:)

Ja natomiast..dodaję do tego wszystkiego twaróg przyprawiony sola i pieprzem. Na talerz kładę warstwy: kluski, twaróg, cebula z boczkiem:)
Z tymi szarymi kluskami to śmieszna historia:) Przyznaję, nie pochodzę z Poznania ale u mnie w domu szary kluski królowały od zawsze. Największym ich fanem był dziadek Michał i podobnież prawie w każdym tygodniu musiały być…ano właśnie, nie szare kluski ale przecieraki z cebulą, boczkiem no i twaróg. Od małego zostałam wychowaną na przecierakach i od małego myślałam, że to jakieś danie z Mazowsza. Jakie było moje zdziwienie jak w wieku studenckim czytając książkę kucharską Małgorzaty Musierowicz, która wiadomo pochodzi z Poznania napisała, że to danie istnie poznańskie..i nazywają to szarymi kluskami:) Regionalna kuchnia to jednak jest pełna niespodzianek! :)

Reklamy

12 Comments Add yours

  1. mollisia pisze:

    U mnie też większość takich potraw jest „na oko”. Mnie to zawsze irytowało, bo bałam się kulinarnych porażek. Wynikało to zapewne z jakiegoś poczucia, że nie można marnotrawić jedzenia. Jaki to ma związek? No cóż, jak komuś coś drastycznie nie wyjdzie, to trzeba będzie wyrzucić. A składniki przydałyby się komuś, kto by ich nie zmarnował. I dlatego też bałam się później piec, bo odkryłam wcześniej, że eksperymentowania z gotowaniem się nie boję (kilka razy coś zrobiłam i już wiedziałam mniej więcej czym to się je ;)). I tak mnie złościła ta niedokładność.
    A teraz? Jakbym miałam podać miary na racuchy, które się u nas robi, to – byłabym hipokrytką – nie umiałabym podać :). Powiedziałabym, że na oko. Ewentualnie jakieś proporcje – czego więcej, a czego mniej ;P.

    Ale to ma swój urok. Tak jak te Twoje kluski! Wyglądają baaardzo apetycznie.

    No i kolejny rozdział. Pierwszy dobry zwiastun – ucieszyłam się, że się pojawił :D

    1. smacznydom pisze:

      Zgadzam się z Tobą w 100%:) Na oko to jest tragedia dla młodych kucharek:) I nienawidziłam tego:)
      Ale niestety widzę, że sama powoli też idę drogą na oko:) Arcymistrzynią w tym jest moja babcia, która wszystko robi na oko..więc jak wyprosi się od niej DOKŁADNY przepis na barszcz czerwony (która nota bene jest w tym GENIALNA) to wychodzi wielki duży gar:) Ale jak sama robi..to oczywiście robi na mniejszy o smaku istnie niebiańskim:)
      I faktycznie..jest w tym coś uroczego:)

      ps. :) no to dałaś nam komplement:D z tym zwiastunem:) hahaha:) mam teraz udany poniedziałek:D

      1. mollisia pisze:

        Żebyś wiedziała! Mojej mamie powoli też się wkręca coś takiego (poza wypiekami, które ja ją uczę – tak, tak – drożdżowe, bo ona zawsze się bała, choć lubi eksperymentować i trochę mnie to dziwi). Ale babcie to mają z tym „na oko”, hehe. To chyba znak, że człowiek zaczyna dobrze się porozumiewać niewerbalnie ze swoją kuchnią i jej tajnikami :)

        No i cieszę się, że taką Ci radość sprawiłam. Teraz czekam na kolejną część i walnę Ci tu taką recenzję…! :P

  2. pyra pisze:

    Uwielbiam. W moim domu. Do gorących klusek dodawało się łyżkę smalcu. Trzeba wymieszac, aby się rozpuscił. Zawsze jadaliśmy je jako dodak do zup. Ja lubię je sobie powrzucać do zupy. np. do krupniku, albo znanej w wielkopolsce zupy -„ślepe ryby”…………www.ja-w-kuchni.bloog.pl

  3. Magda K. pisze:

    ja za kluskami nie przepadam, ale moja cała rodzina je uwielbia :) wyglądają świetnie :)

  4. gosc pisze:

    a do tego kapuśniak… oooo mammmo jak mawiał Johny Bravo ;)

  5. Kaś pisze:

    u mnie w domu nazywane kluskami „żelaznymi”, tak mi się przynajmniej wydaje, że to te kluski – robi je Babcia i Tata a receptury strzegą jak oka w głowie :)
    najbardziej lubię takie odgrzewane…niebo w gębie :) z boczkiem muszę koniecznie wypróbować

  6. Atria pisze:

    Też nie lubilam na oko , pamiętam jak dręczyłam Babcie „przecież musisz wiedzieć jakie są proporcje, tyle lat to robisz”!”. Teraz sama robię wiele rzeczy „na oko” i zaczyna wychodzić:) Pozdrawiam!

  7. kuchareczka pisze:

    Domku drogi, wiesz, że u mnie też sporo rzeczy się robi na oko? Na przykład jajecznica – nie jestemw stanie wytłumaczyc ile czego, żeby było dobrze. Tak jest tez z kasza na słodko i niektórymi ciastami. Bo po prostu się patrzy i smakuje.

    1. smacznydom pisze:

      Kuchareczko – dziękuję za wizyty u mnie w Domku:) Bardzo się z tego cieszę i zapraszam na dalsze wizyty! :)

      Co do kuchni na oko – oj jajecznica, idealny przykład:) Jak ktoś powie jak zrobiłaś to mam z tym kłopot..dlatego jak piszę coś na blog..tu muszę baaaardzo uważać:)

  8. aniado pisze:

    Kocham tego typy kluski, bo dokładnie takich, o jakich piszesz to jeszcze nigdy nie jadłam :( Z tego co wiem, to jest też jakaś specjalna metoda „rzucania ich na wodę”… przy użyciu tarki, deski do krojenia… Napisz proszę jak Ty to robisz :) Pzdr Aniado

    1. smacznydom pisze:

      khm, khm pozwól, że poprawię fryzurę bo nagle się poczułam orędowniczką szarych klusek, choć jak już wiesz, nie pochodzę sama z Poznania:) hahaha:)

      Ale tak na poważnie teraz: Aniado, podejrzewam, iż metod jest mnóstwo tyle ile blogów kulinarnych:) Jeśli jednak chodzi o mnie, to ja preferuje metodą ” z talerza”. To znaczy, część masy ziemniaczanej nakładam na płaski talerz i trzymam go w jednej ręcę, w drugiej mam łyżkę/łyżeczkę. I potem łyżką spycham po trochu masę do wody. Staram się by ten ruch był wykonany z nadgarstka (jak byś grała na gitarze)…bo wtedy wychodzą zgrabniejsze i szybciej idzie:) O to mój sposób. Pokazała mi go mama bo jak stwierdziła: trzymanie całej miski to już ponad jej siły:)

      Dziewczyny, a Wy jakie macie metody? :)

      Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s